
Powieść Johna Williamsa ukazała się po raz pierwszy w 1965 roku, ale wówczas nie sprzedała się. Została ponownie odkryta w XXI wieku, po wznowieniu i tłumaczeniach na inne języki. Dlatego w 2013 roku została nazwana w The New Yorker „największą amerykańską powieścią, o której nigdy nie słyszałeś”. Zalicza się ją czasem do tzw. powieści kampusowej (campus novel), uniwersyteckiej czy akademickiej, ale jej meandryczna kariera czytelnicza świadczy o pewnej nietypowości. Byłaby to bowiem dość wczesna realizacja campus novel, o jakieś 10 lat wyprzedzająca klasyka gatunku Davida Lodge’a ( Zamiana, Mały światek, Fajna robota), który publikuje swoje akademickie powieści w latach 70. i 80. minionego stulecia. W dodatku Stoner w XX wieku przepadł, został doceniony dopiero w kolejnym stuleciu, wówczas jednak nie widziano w nim przede wszystkim campus novel, czyli portretu środowiska uniwersyteckiego, ale walory narracyjne (czystą, precyzyjną opowieść) oraz egzystencjalne. W okresie tej późniejszej, a nam bliższej jej popularności można napotkać skojarzenia powieści Williamsa z Albertem Camusem, być może z Mitem Syzyfa, Upadkiem. Camus otrzymał Nagrodę Nobla w 1957, Williams ogłosił Stonera w 1965 roku. Gdyby przyjąć taki scenariusz lekturowy, wtedy opowieść o pracy i wysiłku miałaby charakter przypowieści: o pracy Syzyfa, który toczy swój kamień na górę, a (pozbawiony umiejętności prowadzenia introspekcji, w paraboli zbędnej) profesor Stoner byłby typem człowieka absurdalnego. Źródła absurdu tkwią w egzystencjalnej sytuacji człowieka, przede wszystkim w jego skończoności, śmiertelności, ułomności, również moralnej (problem zła, przy czym chodzi o ateistyczne myślenie, bez pośmiertnych nagród i konsolacji). Stawka, o którą idzie gra, dotyczyłaby tylko tego, na ile świadomie podejmuje swój mozół – na ile jest Syzyfem wolnym, czyli szczęśliwym.
Oczywiście, Stoner spełnia wymogi również powieści akademickiej: bohaterem jest profesor uniwersytetu Missouri, autorem zaś akademik i w dodatku – jak zakłada gatunek – humanista, literaturoznawca z uniwersytetu w Denver. Większość akcji rozgrywa się w budynku wydziału literatury angielskiej, a pozostałe postaci również reprezentują środowisko uniwersyteckie: dziekan, dyrektor instytutu, rektor, koledzy wykładowcy, doktoranci i doktorantki. Spoza tego świata są tylko rodzice Stonera, jego żona, teściowie i córka. Cechą powieści kampusowej jest też intertekstualność, a więc wykorzystywanie w toku narracji i w świecie przedstawionym innych tekstów literackich, aluzji, symboli, jak tutaj: sonetu Szekspira. To sprawia, że odbiór takiej powieści może być dość wymagający, więc sama ciekawość problemów elity (?) nie wystarczy. Kolejną cechą angielskich i amerykańskich powieści kampusowych jest satyra na środowisko akademickie, ujawnianie napięć pomiędzy prawdziwymi naukowcami czy nauczycielami akademickimi a karierowiczami ( tu konflikt PP profesorów: Stoner – Lomax, oraz jego doktorant Walker). Dodam, że w Polsce campus novel rozwija się ospale ( i to raczej w XXI wieku, Wit Szostak, Inga Iwasiów), między innymi dlatego, że w tak niewielkim środowisku, np. polonistycznym, znacznie byłoby trudniej o krytykę bez narażenia się na konsekwencje. Ale napotkałam też sugestię, że polscy akademicy nie mają za sobą tak szacownej tradycji uniwersyteckiej, nasze campusy nie są hermetycznymi światami, oraz panuje w nich zbyt duża polityczna poprawność – czytaj lewicowość. Stoner jednak pracuje w prowincjonalnym uniwersytecie, pochodzi ze wsi i z tej perspektywy nadaje się na patrona powiedzmy podlaskiej, lokalnej powieści campusowej, która daj boże powstanie. Jej elementy pojawiły się już w Niehalo Ignacego Karpowicza.
Uniwersytet: dla człowieka z ludu, a może dla społeczeństwa na dorobku, łączącego wielkie nadzieje z nowoczesnością i modernizacją – uniwersytet jest jako świątynia. Sakralizacja wiedzy, idealizacja akademii wynika m.in. z kontrastu: Stoner mieszkał na poddaszu, a po odrobieniu lokatorskiej pańszczyzny, w czasie wolnym wracał na uniwersytet, którego kolumny przypominały świątynię, zapach starych ksiąg w bibliotece zaś – egzotyczne kadzidła.
– rozdział II dyskusja o uniwersytecie jako „przytułku dla nieprzystosowanych” do zwykłego życia (czy nie może być uniwersytet z relacją mistrz-uczeń również metaforą procesu terapeutycznego?), miejsce dla wygnanych ze świata, nora w której nieprzystosowani mogą skryć się przed burzą. Masters mówi, że uniwersytet nie istnieje dla społeczeństwa, lecz dla swoich podopiecznych, dla akademików. Nieprzystosowanie Stonera wynika z oczekiwania, że świat będzie inny niż jest, a tymczasem on (świat) nawet nie chce inny być. Wołek zbożowy na polu bawełny pokona Stonera, bo jest nieprzygotowany na zło w tym świętym miejscu. A jednocześnie ludzie uniwersytetu są uciekinierami z szamba zewnętrznego.
A zło, „wołek zbożowy” , wkracza do tego azylu w postaci defektu, którego nosicielem jest najpierw Lomax, potem Walker. Bo zaiste zastanawia i razi sposób prezentacji przez Williamsa niepełnosprawnych (Lomax i Walker) jako ludzi sfrustrowanych, roszczeniowych i złośliwych. Zmieni się to jednak, gdy zastosujemy paraboliczną optykę Camusa, uniejednoznaczni. Choć można by się tu doszukiwać i motywacji realistycznej, prawdy psychologicznej, wszak ofiary mają skłonność po ślepoty na tle własnej odpowiedzialności moralnej. Trudno się im przyznać do krzywdzenia innych (ofiar).
Zwróćmy uwagę na wypowiedź Stonera do Fincha, kiedy ten próbuje przepchnąć kalekiego, ale nieuczciwego doktoranta Lomaxa – Walkera: „Siedzieliśmy we trzech i on powiedział coś o tym, że uczelnia jest przytułkiem dla obłąkanych, gdzie przed światem zewnętrznym chronią się niedołężne kaleki. Ale nie miał na myśli Walkera. Dave [poległy na wojnie kolega Stonera i Fincha] uznałby Walkera za świat zewnętrzny. Dlatego nie możemy wpuścić go do środka. Jeśli wpuścimy go tutaj, to staniemy się tacy sami jak reszta świata, tak samo nierealni, tak samo… Nasza jedyna nadzieja, to trzymać go z daleka”. „Niedołężne kaleki” są zatem w środku i na zewnątrz, zamieniają się miejscami, mieszają się. To temat z Upadku Camusa, gdzie szlachetność jest tylko rewersem hipokryzji, a obrońca uciśnionych łatwo ześlizguje się w zło i świat przestępczy. Tam też spowiedź, introspekcja nie ma czystej karty, coś przesłania, usprawiedliwia. Być może Stoner reprezentuje właśnie Camusowski absurdyzm, a nie egzystencjalizm (Sartre’a).
Samotność przy pierwszej lekturze przypisałam ją pochodzeniu Stonera, w sensie klasowym: jako przynależność do grupy nienależącej do głównego nurtu historii, egzystującej poza nią. Tak jak się to czyta dzisiaj, po zwrocie ludowym. Stoner bowiem wracając na początku swojej drogi studenckiej na dziedziniec uczelni, uświadomił sobie swoją samotność. Czyli nieprzynależność. Ale zaraz obok tego wyznania o samotności czytamy o odczuciu przez niego „dziwności” świata rodziców i siebie samego w przeszłości. „Dziwaczność” i ponurość jak brązowa ziemia, którą uprawiali. Lecz jako cieleśnie niezgrabne bywają też opisywane żona i córka. Bo źródła samotności u Williamsa, powiązane z „dziwnością” i niezgrabnością, owe źródła nie tkwią jakby w historii tej czy innej grupy społecznej, ale w bardziej pierwotnych rejestrach, przynajmniej planetarnych.
– wampiryczna ziemia (Ziemia?); po śmierci i pogrzebach rodziców, Stoner nad ich grobami : „Rozejrzał się po nagim, bezdrzewnym małym cmentarzu pełnym szczątków ludzi takich jak jego matka i ojciec, po czym nad płaską okolicą skierował wzrok w stronę farmy, gdzie przyszedł na świat i gdzie przebiegło życie jego rodziców. Pomyślał o wysokiej cenie, jaką rok w rok bezwzględnie dyktowała im ta uparta ziemia; a przecież pozostała taka, jaką była – może tylko stała się trochę bardziej jałowa, mniej chętna, żeby rodzić obfite plony. Nic się nie zmieniło, choć całe życie tych dwojga upłynęło na katorżniczej pracy, która przetrąciła w nich radość i stępiła inteligencję. Teraz obydwoje spoczęli w tej ziemi, której ofiarowali swoje życie, i ona powoli, rok po roku, będzie ich pochłaniała. Najpierw sosnowe trumny zgniją od wilgoci, potem zaczną gnić ciała, aż w końcu ziemia strawi wszystko, do najdrobniejszej kosteczki. Wtedy obydwoje staną się anonimową cząstką tego, czemu przed wielu laty bez reszty się oddali”. (r. VII) Mit Syzyfa w całej okazałości. To samo przeżywa Stoner w działalności uczelnianej – letarg, praca, orka: „Pogrążył się w swoistym letargu. Pracował najlepiej, jak potrafił, chociaż rutyna obowiązkowych zajęć dla najmłodszych studentów odebrała mu entuzjazm, a pod koniec dnia czuł się zmęczony i otępiały. Starał się jakoś zapełnić długie przerwy między zajęciami; przyjmował więc studentów, skrupulatnie sprawdzał ich pisemne prace, przetrzymując je czasem tak długo, że zaczynali się o nie dopominać”.
– Uniwersytet i wojna. Wampiryzmowi ziemi/Ziemi poddani są nie tylko chłopi, jej narzędziem jest też wojna. Ale Williams zdaje się pokazywać, że istnieją dwa sposoby prowadzenia wojny. „Wojna kilka razy przeżyta przez daną społeczność czyni z niej zbiór bestii. Wojna niszczy to, co uniwersytet próbuje budować w długoterminowym działaniu”. Stoner nie idzie więc na wojnę, min. po rozmowie ze Sloane’m, który mówi, że Stoner dokonał pewnego wyboru (Stoner myśli o ocknięciu się z „martwoty” wsi i pochodzenia) i że ludzkość toczy wojny niemające charakteru militarnego i nieodnotowywane w annałach. Z kontekstu wynika, że niemilitarne wojny rozgrywają się na uniwersytecie. A Stoner dlatego właśnie chce na nim zostać, tj. dla wierności własnym wyborom i by toczyć wojnę za pomocą wiedzy. Tu Williams realizuje oświeceniowe jeszcze założenia nowoczesności (modernizacji) mówiące o tym, że wiedza, kultura i oparta na nich cywilizacja pozwalają człowiekowi na emancypację , wyzwolenie się z okowów natury, biologii. Chociaż zarazem przy tej okazji dowiadujemy się, że Stoner nie wyrobił w sobie daru introspekcji i trudno mu dociekać przyczyn własnych decyzji. Być może oznacza to, że introspekcję zastępuje mu literatura, cudze teksty. W trakcie wojny kończy doktorat. Ostatecznie etat na uczelni dostaje dzięki wojnie militarnej, bo Sloane pełnowymiarowe zatrudnienie własnego absolwenta (co nie jest tam praktykowane) tłumaczy władzom brakami kadrowymi spowodowanymi przez wstępowanie do wojska. Inną stroną medalu, czyli decyzji pozostania w murach uniwersytetu było to, że tu właśnie doznał – jak czytamy – po raz pierwszy i jedyny poczucia bezpieczeństwa i ciepła. Bał się więc to stracić, nie wierzył, że gdziekolwiek może ciepła zaznać, skoro nie zaznał tego w rodzinie. Charakterystyczne, że po raz drugi zaznał tego ciepła od doktorantki, również związanej z akademią. Ale też uniwersytet poniekąd pozbawił go tej miłości. U Williamsa akademia, to miejsce często splata się z miłością.
– Uniwersytet i miłość. Sloane proponuje swojemu uczniowi profesję nauczyciela akademickiego (licencjat kończy on w 1914), mówiąc, że Stoner jest „zakochany” i że powoduje nim „miłość” – nie precyzując, do czego. Uroczystość rozdania dyplomów, na którą przybyli rodzice, chłopak z farmy przeżywa jako „stratę” dawnego świata, którego się wyrzeka, tj powrotu do pracy na roli z rodzicami. To boli, ale nawet wziąwszy w rachubę ową stratę „czuł, że oddala się od rodziców”. Jest już na zewnątrz wiejskości.
Szczęśliwe życie wyobraża sobie jako przeciętność: „Wyjąwszy nieobecność Edith, życie Stonera toczyło się niemal tak, jak by sobie życzył. Prowadził badania i pisał, kiedy nie musiał się przygotowywać do zajęć, oceniać esejów studentów ani czytać ich prac magisterskich. Miał nadzieję z czasem wyrobić sobie reputację dobrego nauczyciela oraz naukowca. Jego oczekiwania po opublikowaniu pierwszej książki były ostrożne i bardzo skromne. Skądinąd słusznie, bo jeden recenzent nazwał ją „przeciętną”, a drugi „rzetelnym przeglądem”. (koniec r. VI). Odkrywa jednak, że podszyte lękiem przed utratą asekuranctwo nie wystarcza, a miłość do literatury może być warunkiem jej rozumienia. I uczenia innych, bycia dobrym nauczycielem.
Kontrakt płci, emancypacja kobiet. Głębsze wejście w pracę naukową jest śmiałym krokiem Williama w stronę kariery, dyskursu i w dalszej perspektywie – władzy, męskiej władzy. Ale uczynienie tego kroku nasila wojnę Edith ze Stonerem, który w ten sposób łamie pewną umowę między małżonkami, którą nazwałabym przymierzem może nie odrzuconych, ale nie w pełni przyjętych do tzw. normalnego świata, dziwaków?, niezgrabnych?. Ich związek jest bowiem bardzo specyficznym mezaliansem profesora z chłopów i córki (a też i wnuczki) bankiera defraudanta. Wątek Edith został przez Williamsa ciekawie zarysowany, ale ekonomia napięć w powieści nie pozwoliła chyba na jego rozwinięcie. A może jest też tak, że historię kobiet zawsze trzeba wyczytywać spomiędzy wierszy i o istnieniu tych okruchów najwięcej wiedzą same zainteresowane, w androtekstach (dziełach mężczyzn) widać tylko symptomy. Wojna o Grace jest więc z mojej perspektywy częścią wojny Edith o tożsamość nowoczesnej, aktywnej kobiety. Problemowi emancypacji chłopskiego syna, Williama – przez edukację – poświęcona została cała powieść, a problem emancypacji Edith spod władzy ojca i mężczyzn został sprowadzony do kilku intrygujących scen + temat Grace. Bo temat Katherine jednak istnieje w sposób całkowicie i straszliwie nieautonomiczny, jako część biografii głównego bohatera, ekran jego przeżyć.
– czy zatem Stoner nieświadomie parantyfikował córkę, ładną, miłą, skromną i poważną, a ta powaga Grace wywoływała nieopisaną „czułość” ojca? Wylew uczuć do dziewczynki miał bowiem miejsce podczas nieobecności żony – w tym czasie Edith dokonywała zadziwiającego rozrachunku z psychicznym dziedzictwem po własnym ojcu ( to sprawa do osobnej interpretacji, jak też i jej ciąża, połóg, ciało) – i pod warunkiem naśladowania/przyjmowania przez Grace ideałów profesora Stonera? Złośliwie można by rzec, że tylko w oczach dziecka mógł on uchodzić za poważnego uczonego. Czy rzeczywiście, jeśli potem matka kupiła córce sukienki z falbankami, przemalowała biurko na biało i ozdobiła je różową taśmą tym samym odebrała dziecko ojcu? Dlaczego, kiedy matka zamiast przesiadywania córki w gabinecie ojca-naukowca organizowała jej spotkania z dziećmi z sąsiedztwa, on (autor?) określał je mianem „mściwych i ponurych”? R. VIII
– czy Edith zamierzała tylko zrobić na złość Wiliamowi, biorąc udział w wizytach jego studentów w ich domu: „Grupy studentów zapraszane przez Stonera zrobiły się liczniejsze, a spotkania z nimi częstsze. Edith nie zadowalała się już siedzeniem na górze podczas tych spotkań. Nalegała, że będzie obsługiwać gości, a kiedy już podała im kawę albo herbatę, zostawała w gabinecie. Mówiła głośno i radośnie, zawsze też udawało jej się skierować rozmowę na jej grupę teatralną, jej muzykę albo jej malarstwo oraz rzeźbę, do których (jak oznajmiła) zamierzała wrócić. Studenci, po trosze zadziwieni, a po trosze zażenowani, przestali w końcu przychodzić. Stoner zaczął się z nimi umawiaćw uczelnianej kantynie albo w którejś z licznych kawiarenek porozrzucanych wokółkampusu.” R. VIII „Zażenowani”?! Dlatego, ponieważ żona profesora mówi o sobie i własnych aspiracjach twórczych?!
– historia córki Edith i Williama realizuje biografię ojca i matki, zamyka się w estetyce zamierania: np. milczenie Grace, jej chudość, nieruchomość. Po utyciu i schudnięciu jej zewnętrzna tożsamość ustaliła się w postaci przypominającej lalkę: „Zrobiła się niemal piękna; jej ciało – najpierw bardzo chude, a potem bardzo tłuste – teraz nabrało krągłości i zaczęło się poruszać z pełną gracji lekkością. Było to stonowane piękno, spokojne. Na jej twarzy nie malowały się żadne niemal emocje, wyglądała więc jak maska. Jasnoniebieskie oczy patrzyły prosto na rozmówcę i nie można się w nich było dopatrzyć ani żadnej ciekawości, ani najmniejszej obawy. Mówiła bardzo cichym, trochę bezbarwnym głosem. Odzywała się rzadko.”
– dorastanie córki William relacjonuje jako jej umieranie: „Kiedy Stoner obserwował, jak odjeżdżają sprzed domu, o swojej córce mógł myśleć tylko jako o małej dziewczynce, która kiedyś, w nieistniejącym już gabinecie, patrzyła na niego z pełnym powagi zachwytem – cudownym dziecku, które zmarło dawno temu.” Przy okazji spotkania chorego już Williama z Grace dowiadujemy się, co to jest szczęście i – przypuszczalnie – dobre życie: „Rozmawiali długo w noc, jak starzy przyjaciele. Słuchając jej słów, Stoner zaczął rozumieć, że w tej rozpaczy jest prawie szczęśliwa; dożyje końca swoich dni spokojnie, pijąc trochę więcej z roku na rok, żeby się zobojętnić na nicość, w którą zmieniło się jej życie. Cieszył się, że ma przynajmniej to.” Był szczęśliwy, że jego córka może pić.
Dziedzictwo ponurości i – jednak – miłość. Grace odzwierciedla i powtarza życie Stonera, tak samo pełne odrętwienia i wegetacji, które on wiąże z dziedzictwem ponurości i wywodzi z dzieciństwa:
„Głęboko w nim, pod pokładami pamięci tkwiła wiedza o trudach, głodzie, wytrwałości i bólu. Chociaż rzadko wracał myślami do wczesnych lat swojego życia spędzonych na gospodarstwie w Booneville, to jednak głęboko gdzieś na dnie jego psychiki utkwiła świadomość dziedzictwa przekazanego mu przez praojców wypełniających swoje mroczne życie ciężką pracą, stoicyzmem oraz prostą etyką, która nakazywała im, aby ciemiężącemu światu pokazywali twarz kamienną, twardą i ponurą.” To, co w twarzach ludzi mijanych na ulicy po II wojnie spowodowało bestialstwo dwóch kataklizmów, Stoner otrzymał niejako bez udziału w Wielkiej Historii, tj spektaklu zabijania. Dostał to w sukcesji od własnej klasy i stylu życia przodków, przepędzających swoje lata w zmaganiu z wampiryzmem ziemi/Ziemi.
Stan (przed)śmiertelnego odrętwienia przerywa książka Katherine, z dedykacją dla Stonera: „ Przyszło mu na myśl, że w wieku niemal sześćdziesięciu lat powinien się znaleźć poza zasięgiem takiej pasji, takiej miłości.
Ale nie był poza jej zasięgiem i wiedział, że nigdy się od miłości nie wyzwoli. Pod skorupą odrętwienia, obojętności i rezygnacji płonęła intensywnym, równym płomieniem. Była w nim od zawsze. W młodości szastał nią bez umiaru i bezmyślnie; pokochał wiedzę, którą odkrył przed nim – ile to już lat minęło? – Archer Sloane; miłością obdarzył też Edith w tamtych pierwszych, ślepych i szalonych dniach konkurów oraz małżeństwa; później swoją miłość podarował Katherine tak, jakby nigdy wcześniej nie dawał jej nikomu. W dziwny sposób obdarzał miłością każdą chwilę swojego życia, emanując nią chyba najpełniej, kiedy robił to nieświadomie. Nie była to pasja ducha ani ciała, raczej siła łącząca obydwie te sfery, przez co one same stawały się domeną miłości, jej szczególną substancją. Do kobiety czy do wiersza, jego miłość powtarzała niezmiennie: Spójrz! Jestem tutaj!”.
Miłość do kobiety i do wiersza przywraca Stonera samemu sobie (o ile wcześniej zaznał takiego stanu?). W ostatniej scenie doświadcza identyfikacji z własną książką, przegląda się w niej jak w lustrze. Odnajduje tożsamość?
Danuta Zawadzka
fot. : Franz Stuck „Sisiphus” wikimedia




Zostaw odpowiedź