Powieść ukazała się 90 lat temu, najpierw w odcinkach w prasie, potem w postaci książkowej z nielicznymi odmianami. Spotkała się od razu z bardzo pozytywnymi reakcjami tak zwykłych czytelników, do wybuchu II wojny wznawiano ją każdego niemal roku (czterokrotnie), jak krytyków. Ci zestawiali tę – jak się okazało najwybitniejszą rzecz Kuncewiczowej – z Granicą Zofii Nałkowskiej oraz Nocami i dniami Dąbrowskiej, a także z innymi dziełami ówczesnej literatury kobiecej (Gojawiczyńska, Krzywicka, Szelburg-Zarembina, Gruszecka), jak i psychologicznej (Zazdrość i medycyna Choromańskiego). Przełożono Cudzoziemkę na kilkanaście języków, do 1980 było ich 13, a porównywano Panią Bovary Flauberta, Joyce’m, Obcym Camusa. Nie spotkałam zestawienia powieści Kuncewiczowej z Panią Dalloway , ale zabieg z akcją zamkniętą w jednym dniu i narracją asocjacyjną przywodzi na myśl również Wirginię Wolf. A także czytano ją jako powieść katolicka, o nawróceniu – czy nie przyrównywana do Ładu serca Andrzejewskiego…

Prawie wszyscy krytycy literaccy XX-lecia i PRL wypowiadali się o Cudzoziemce, zaczynając od Bruno Schulza, który trzykrotnie oceniał tę powieść, niezmiennie z pozycji psychoanalitycznych. Dzisiaj również ta powieść funkcjonuje jako wręcz szkolny przykład literackiego wariantu teorii Freuda, Adlera lub Junga.

Cudzoziemkę traktowano jako zapis kobiecej histerii, wypływającej z trzech źródeł, rozpatrywanych oddzielnie lub łącznie: zawiedzionej miłości, niespełnionych ambicji twórczych, alienacji narodowej. Schulz kładł nacisk na „kompleks nosa”, który łączy aspekt miłosny, w sensie seksualnego niespełnienia z sublimacją w postaci pragnienia artystycznego, muzycznego. Interpretacja Basi, zaproponowana przez nas na Facebooku idzie – jak rozumiem w podobnym kierunku: zranienia=odtrącenia Róży przez Michała (wcześniej: przez obiekt pierwotny?) , które skutkuje stałą urazą i odrzucaniem bliskości, miłości. A także próbą zastąpienia więzi, uczuciowego i cielesnego spełnienia doznaniami estetycznymi.

Język sztuki łączy Różę z bliskimi lub ją od niej oddziela, staje się rodzajem tajemnego powinowactwa/porozumienia, które zdolne jest zastąpić więzy krwi. Narcyzm Cudzoziemki Kuncewiczowej ma też swoje własne symbole, niejako warianty pary bóg-robak, przywoływanej na którymś z poprzednich naszych spotkań i jest to w wydaniu Kuncewiczowej opozycja kreta i ptaka, stworom przeciwstawnie ukierunkowanym: ku dołowi, ziemi, glebie i ku górze, lotowi. Przyziemny, ślepy kret to figura Adama, męża „Elci”, z jego niezgrabnymi palcami i służalczym podporządkowaniem, podczas gdy Róża to uosobienie piękna fizycznego i duchowych uniesień, a w razie braku takowych (rzecz jasna z winy tłamszących ją męża, dzieci, okropnej ciotki Luizy i wszystkich głupich służących) zmieniają się one w równie uskrzydloną złość, furię, wściekłość. Nawet jeśli wyrażoną w śpiewie i zaprzeczoną w „Ich grolle nicht”, to zdradziecko gulgocze ona w gardle.

Jednak ta bohaterka-hybryda, Róża Żabczyńska, skrzyżowanie ptaka, kwiatu z żabą nie reprezentuje tutaj tylko narcystycznego indywiduum. Wszak od Adama wywodzi się cała linia polskości, rozkochanych w „gospodarstwie” „hreczkosiejów”, którym oczywiście „nie do pary” z przedstawicielami drugiej egzotycznej linii, legionistów, wędrowców, wychodźców i pielgrzymów, protoplastów Róży. Nawet jeśli znakiem niezwykłości tej linii jest śniady kolor skóry odziedziczony po prababce Kreolce, którą posiadł (raczej niedobrowolnie) ułański przodek Róży na San Domingo, nawet jeśli jej krucze włosy przypominają fizys Izraelitki Rojze – to i tak nie umywa się do niej jakaś „Kwiatkowska”.

Czy konflikt kreta z ptakiem w Polaku i Polce to jakaś zapowiedź współczesnej nam wojny Polski ludowej ze szlachecką? na czym polegałby nasz narcyzm narodowy? Hreczkosiej występuje w Cudzoziemce raczej w wersji nieludowej, za to lokalnej, podlaskiej. Pamiętamy bowiem, że kiedy Róża podróżuje z tante Luize koleją warszawsko-petersburską do Polski, to twarzą ojczyzny okazuje się wąsaty szlachcic, który wsiada do pociągu za Białymstokiem. I każe swemu chłopu rozłożyć wszędzie jaszczyki z indorami, wtedy strąca bagaż dziewczyny i tłucze pamiątkowe lusterko. Fatum spotyka więc Różę pod Białymstokiem.

Jak wiadomo, to nie znajomość pism Freuda – przynajmniej nie bezpośrednia – pozwoliła Kuncewiczowej na tak wiarygodne odmalowanie charakteru Róży, lecz autobiograficzność tej kreacji. Ilość zapożyczeń z otoczenia Kuncewiczowej, z jej życiorysu w świecie powieści zastanawia i zaskakuje również dzisiaj, kiedy nawykliśmy do upubliczniania prywatności. Zwłaszcza, że na karty powieści przeniesione zostały trudne doświadczenia, również osobiste, intymne. Pora więc na pytanie, czy Cudzoziemka jest rodzajem narracyjnej autoterapii, która miała wyzwolić pisarkę z kompleksu matki i pomóc uporać się z historią rodzinną? A raczej może: co z niej wynika? Co oznacza diagnoza doktora Gerharda – figury terapeuty? który w przeniesieniu jest też Michałem – dotycząca jej serca, które winno być „syte” i spokojne? Warto zauważyć, że pisarka pierwotnie zamyślała trylogię, do problemu matki, dokładając potrzebę przepracowania ojca oraz polskości. Ostał się tylko, dalece przekształcony, tom poświęcony ojcu, tj. powieść Leśnik, planowana powieść o pradziadzie legioniście nie doczekała się realizacji.

Mój głos również będzie podążał tym autobiograficznym tropem. Myślę bowiem, że relacja matka – córka oraz córczaństwo może nadać aktualność tej klasycznej powieści w oczach współczesnego odbiorcy. Bo zaczęłabym od odbiorczyni, ale z ambicją poszerzenia adresata, dzięki pytaniu, jaki typ relacji, nieznanych patriarchatowi i klasycznemu freudyzmowi wnosi córczaństwo Cudzoziemki?

Jak chcą psychoanalityczki feministyczne byłaby to nie separacja i rywalizacja o władzę, a kontynuacja i relacyjna wzajemność – nie sytuacja edypalna. Prócz doktora z Królewca, to relacja z Martą została umieszczona w finale powieści. I tylko córce udziela Róża rady, wynikającej z jej kończącego się życia, kiedy nie ma już kwiatu, jest „badyl”. Adama, Władysia, Zbysia, Jadwigę – Róża tylko przeprasza. Rada udzielona Marcie sprowadza się do nakazu pójścia za miłością, za sercem, inaczej nie uniknie się losu upiora. Nawet robiąc karierę. Róża sugeruje, że sztuka nie zbawia, nie daje spełnienia „pustemu” sercu.

Czy rzeczywiście? Powstała przecież doskonała powieść, której „paliwem” była trudna relacji córki, Marii Kuncewiczowej, z matką pisarki.

Danuta Zawadzka

Zostaw odpowiedź

Dyskusyjny Klub Książki „Wolne skojarzenia” – Literatura i Psychoanaliza jest inicjatywą skierowaną do wszystkich osób zainteresowanych wymianą poglądów w obszarze literatury i myśli psychoanalitycznej. Spotykamy się w drugi czwartek miesiąca, aby wspólnie rozmawiać o wybranej książce.

Zobacz także

Odkryj więcej z Wolne Skojarzenia

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej